Kapitalistyczne represje w dobie koronawirusa [wpis na bieżąco aktualizowany]

Wprowadzone przez władze zaostrzenia stanu epidemii ocierają się o szerzenie paranoi i histerii, a także wykazują, że rząd nie ma spójnej koncepcji walki z koronawirusem.

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział 31 marca podczas konferencji prasowej między innymi ograniczenie liczby osób mogących korzystać ze sklepu oraz wprowadzenie obowiązku zachowania dystansu 1,5 metra między pracownikami w zakładach pracy oraz zapewnienia dostępu do środków dezynfekujących i rękawiczek.

Te obostrzenia są wprowadzane zdecydowanie za późno. Od wielu dni związkowcy z magazynów logistycznych spółki Amazon, zajmującej się obsługą sprzedaży wysyłkowej, donosili, że duża liczba osób pracuje tam bez zabezpieczeń i zachowania zasad profilaktyki antywirusowej.

Podobnie działo się w wielu sklepach wielkopowierzchniowych i innych zakładach pracy zyski kapitalistów okazywały się ważniejsze od bezpieczeństwa zarówno pracowników, jak i klientów.

Spóźnione o co najmniej dwa tygodnie jest również ograniczenie liczby pasażerów do połowy miejsc siedzących, przewożonych przez prywatnych przewoźników. Komunikacja miejska od dawna funkcjonowała w ten sposób. Prywatni przewoźnicy wozili ludzi na dotychczasowych zasadach, między innymi ściśniętych w ciasnych busach, bez zapewnienia kierowcom i pasażerom środków ochrony.

Rząd próbuje przykryć brak wcześniejszych działań chaotycznymi zakazami. Wprowadzono bardzo rygorystyczne ograniczenie dostępu do skwerów i terenów zielonych uniemożliwiające na przykład bieganie, nawet pojedynczo w parkach czy lasach. Dla kontrastu w obrzędach religijnych wciąż może uczestniczyć do 5 osób.

Zakazano poruszania się niepełnoletnim bez opieki osoby dorosłej. Oznacza to, iż nastolatek nie będzie mógł zrobić zakupów na przykład dla dziadków. Z ograniczeń w poruszaniu się po kraju zwolniono natomiast myśliwych.

Zamknięto hotele i miejsca noclegowe, jednak przepis ten jest wciąż nieprecyzyjny. Nie wiadomo jaki los czeka na przykład noclegownie dla bezdomnych. Bezdomni stanowią jedną z największych grup ryzyka. Dotąd nie zapewniono im dostatecznych środków bezpieczeństwa. Władza nie przejmuje się nimi. Jeśli zamknie noclegownie może doprowadzić do wielu ludzkich tragedii.

Hotele pozostawiono z kolei otwarte dla osób przebywających „w delegacji”, co otwiera wielkie pole do manipulacji oraz obchodzenia prawa.

Odwołane zostały wszystkie zabiegi rehabilitacyjne z wyjątkiem sytuacji, w których rehabilitacja jest bezwzględnie wymagana stanem zdrowia pacjenta. Konsekwencje tego prawa mogą być tragiczne dla wielu osób przewlekle chorych i niepełnosprawnych. Zamiast zapewnić im dodatkową opiekę władza pozbawia ich nawet tej namiastki, którą mieli dotąd. Zmniejszy się wprawdzie zagrożenie zakażeniem koronawirusem, jednak liczba zgonów spowodowanych innymi chorobami wzrośnie.

W rządowym planie nie znalazła się bardzo ważna kwestia – zapewnienie pomocy dla osób starszych. Wprowadzenie ograniczenia, że w godzinach 10.00-12.00 zakupy mogą robić jedynie seniorzy powyżej 65 roku życia, jest bezsensowne gromadząc osoby z grupy podwyższonego ryzyka w jednym miejscu i czasie.

Obowiązkiem władzy jest zapewnienie pomocy osobom starszym poprzez dostarczanie żywności i środków niezbędnych do przeżycia. Władze Hiszpanii nie wahały się wykorzystać w tym celu żołnierzy. W Warszawie wojsko skierowano do bezsensownego patrolowania brzegu Wisły.

Rząd nie umiał również zadbać o egzekwowanie dotychczasowych obostrzeń. W co najmniej kilku przypadkach nieostrożność personelu medycznego oraz głupota dyrektorów szpitali doprowadziła do wyłączenia z użytkowania całych oddziałów, a nawet placówek medycznych. Lekarzom i pielęgniarkom polecono pracować, nawet gdy nie mieli zabezpieczeń lub mogli mieć kontakt z koronawirusem.

Nie zadbano również o testowanie wszystkich osób z grup najbardziej narażonych na zakażenie wirusem, co jest sprzeczne z zaleceniami światowej Organizacji Zdrowia (WHO). W związku z tym skala zagrożenia jest wciąż nieznana.

Zamknięcie granic oraz objęcie osób powracających z zagranicy kwarantanną domową było jak dotąd nieskuteczne. Nie przygotowano miejsc zapewniających separację przybywających, na czym polega istota kwarantanny.

Powracający kontaktowali się z rodziną, z którą zamieszkiwali, zarażając wirusem. Z opóźnieniem zamknięto granice dla pracowników dojeżdżających z Polski do pracy w innych państwach. Nie zrezygnowano również z przeprowadzenia międzynarodowych ćwiczeń wojskowych Defender Europe 2020 z udziałem tysięcy żołnierzy.

Obecne działania są wątpliwe również pod względem prawnym. Wielu prawników twierdzi, że nie da się ich wprowadzić bez ogłoszenia stanu wyjątkowego. Tego z kolei PiS nie chce, ponieważ musiałby odwołać wybory prezydenckie.

Rząd, pod hasłem walki z kryzysem, planuje ostateczne zniszczenie jednej z największych zdobyczy klasy robotniczej – ośmiogodzinnego dnia pracy. Gabinet reprezentującego interesy wielkiego biznesu premiera Mateusza Morawieckiego w serii auto-poprawek do tak zwanej „Tarczy Antykryzysowej 2.0” zaostrzył jeszcze bardziej jej antyspołeczny wydźwięk.

Tarcza 2.0 umożliwia zatrudniającym narzucenie pracownikowi w jakim miejscu ma spędzać czas wolny przeznaczony na wypoczynek. Jest to równoznaczne ze skoszarowaniem zatrudnionych, ponieważ de facto zmusza ich do pozostawania w zakładzie po godzinach pracy.

Zapis ma teoretycznie dotyczyć branż kluczowych, niezbędnych do funkcjonowania państwa w okresie pandemii. Jednak kryteria ustawowe są bardzo szerokie i dotyczą między innymi transportu, łączności, sektora finansowego, ochrony zdrowia, zaopatrzenia w paliwa oraz żywność, co może dotyczyć również z części branży handlowej.

Dotychczasowe zmiany już znacznie wydłużały godziny pracy, umożliwiając skrócenie czasu wolnego między okresami pracy do jedynie 8 godzin. Wraz z nowymi auto-poprawkami stanowią podstawę do wyzysku na niespotykaną dotąd skalę.

Jednocześnie, w momencie gdy przyjmowane są kolejne obostrzenia związane z epidemią, władze nie zamknęły na przykład magazynów firmy wysyłkowej Amazon, pomimo informacji o łamaniu w nich podstawowych zasad prewencji antywirusowej. Wśród pracowników są już pierwsze przypadki zakażeń, jednak reakcja władz nie następuje.

Głównymi beneficjentami tarczy antykryzysowej będą kapitaliści. Na pomoc dla nich przeznaczono 100 mld zł. Pieniądze trafia do firm, których obroty spadły w ostatnim okresie o ponad 25%. Daje to zwłaszcza wielkiemu i średniemu kapitałowi duże pole do manipulacji poprzez prowadzenie tak zwanej „kreatywnej księgowości”.

Do 75% przeznaczonej przez państwo pomocy dla małych oraz średnich firm może być później umorzone. Łącznie pomoc bezzwrotna może wynieść do 60 mld zł. Będzie to dużym obciążeniem dla budżetu państwa i zapewne pociągnie za sobą cięcia socjalne.

Kapitaliści mają również uzyskać możliwość niepłacenia składek ZUS, aby zrekompensować sobie spadek dochodów.

Tarcza 2.0 nie ochroni kraju przed wzrostem bezrobocia ani skutkami kryzysu kapitalizmu. Pandemia powoduje kryzys na poziomie międzynarodowym, w tym w strefie Euro. W sytuacji, gdy 70% polskiego eksportu trafia do krajów strefy Euro, głównie do Niemiec, to ich popyt na towary wytwarzane w Polsce ma kluczowy wpływ na zatrudnienie.

Kapitaliści opierający się na zagranicznych zamówieniach będą zwalniać pracowników bez względu na wysokość rządowej pomocy, która tylko odwlecze masowe zwolnienia w czasie. Gdy taka pomoc przestanie płynąć powróci masowe bezrobocie.

Działania „antykryzysowe” rządu Morawieckiego to przede wszystkim zagwarantowanie przywilejów kapitału oraz uderzenie w świat pracy. Kryzys pokazał prawdziwe oblicze PiSowskiej władzy, która ukrywała się dotąd pod socjalnymi sloganami.

2-9.04.2020 r.

W starciu z koronawirusem ujawniły się wszystkie słabości skomercjalizowanej części polskiej służby zdrowia. Jedynie publiczne placówki medyczne podjęły walkę z wirusem.

Zachwalana przez kapitalistów prywatna służba zdrowia miała być remedium na wszystkie bolączki systemu ochrony zdrowia w Polsce, dzięki „nastawieniu na klienta” dawać szybki dostęp do usług oraz zapewniać profesjonalną opiekę. Wystarczyły jednak pierwsze tygodnie pandemii, aby firmy świadczące usługi medyczne zaczęły zwijać swoją ofertę.

Zabrakło im lekarzy specjalistów, a ci zatrudnieni często bali się przychodzić do pracy. W efekcie firmy te zaczęły rozszerzać zakres poradnictwa internetowego oraz telefonicznego, zamykając niektóre placówki.

Oznacza to pozbawienie pacjentów między innymi bezpośredniej diagnostyki. Porady zdalne mogą być skuteczne jedynie w przypadku prostych schorzeń oraz uzyskania zwolnienia chorobowego z pracy – tak zwanego L4. Nie pomogą jednak przy bardziej skomplikowanych objawach i schorzeniach wymagających złożonych badań.

Prywatna służba zdrowia, nastawiona na szybki zysk oraz cięcie kosztów, skupia się na leczeniu prostych przypadków. Bardziej skomplikowane schorzenia czy na przykład usługi dentystyczne wymagały niemałych opłat, ponieważ nie obejmowały ich podstawowe abonamenty.

Skomplikowane, przewlekłe schorzenia były z kolei najczęściej ignorowane. Ich leczenie wymagało bowiem zatrudnienia wysoko wykwalifikowanych lekarzy oraz zakupu sprzętu, a więc podwyższało koszty. Prywatna służba zdrowia unikała również skomplikowanych terapii oraz poważnych schorzeń ze względu na ryzyko i skutki uboczne leczenia. W efekcie była całkowicie nieprzygotowana do zmierzenia się z nową chorobą zakaźną.

Podczas pandemii prywatne szpitale zaczęły wypisywać do domu pacjentów podejrzanych o zakażenie Covid-19. W Warszawie dwóch ludzi odesłanych na „domową kwarantannę” z komercyjnej placówki zmarło. Zwiększa się również liczba pacjentów kierowanych przez prywatne firmy medyczne do publicznych szpitali. Leczące ich dotąd kliniki zamknęły się czekając na lepszą koniunkturę na rynku i nie przeprowadzały nawet zaplanowanych wcześniej zabiegów.

Prywatne firmy ograniczają usługi do tych pacjentów, którzy posiadają najbardziej rozbudowane abonamenty, a jednocześnie cierpią na stosunkowo łatwe do wyleczenia schorzenia. Są oni w stanie sfinansować leczenie droższymi lekami, a także zapewnić znaczny oraz szybki zysk. Dzieje się tak pomimo iż wiele placówek prywatnych ma podpisane kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia i otrzymuje z niego dofinansowanie.

Nie wiąże się to jednak z nałożeniem na nie obowiązku leczenia zarejestrowanych pacjentów. W przypadku klinik położniczych nawet uregulowanie wysokich opłat nie gwarantuje przyjęcia w nich porodu. Pojawiają się przypadki, gdy w związku z powikłaniami kobiety są odsyłane z noworodkami do szpitali publicznych.

Stosowanie rynkowej, kapitalistycznej logiki szkodzi nie tylko klientom prywatnych placówek, lecz niszczy również publiczną służbę zdrowia. Jest ona, w okresie pandemii, gdy wszystkie siły są potrzebne do jej zwalczania, obarczana wieloma przewlekle chorymi pacjentami. Zajmują oni łóżka, a szpitale publiczne nie mogą odmówić ich leczenia.

Również testy na COVID-19 wykonuje jedynie publiczna służba zdrowia oraz wspierające ją laboratoria. Pojawiające się w mediach reklamy prywatnych placówek oferujących testy okazały się oszustwem. Komercyjnym klinikom nie opłaca się przeprowadzanie tak skomplikowanego badania. Nawet posiadacze najdroższych pakietów medycznych nie mogą z niego skorzystać.

Testu nie zdały prywatne ośrodki opieki nad seniorami. Wysokie opłaty jakie pobierały od pensjonariuszy lub ich rodzin miały gwarantować najwyższą jakość usług oraz bezpieczeństwo. Obecnie jednak placówki te są ogniskami wirusa na równi z publicznymi domami pomocy społecznej.

W co najmniej kilku przypadkach personel prywatnych domów opieki, pomimo potencjalnego zagrożenia, nie otrzymywał ani środków ochronnych, ani nie był kierowany na kwarantanny. Nie wstrzymano na czas odwiedzin członków rodzin pensjonariuszy. W jednym z przypadków, który bada prokuratura, dyrekcja ośrodka była gotowa przyjmować nowych klientów pomimo że na jego terenie panowała już epidemia.

Polskie władze zdają się nie zauważać całkowitej kapitulacji prywatnej służby zdrowia. Szef NFZ zaoferował prywatnym firmom oferującym transport medyczny pieniądze za każdy dzień gotowości do pracy, a placówkom medycznym 420 zł za każdy dzień hospitalizacji pacjenta z COVID-19. Wśród propozycji w ramach tarczy antykryzysowej zabrakło kroków, które podjęto na przykład w Hiszpanii i Irlandii – objęcia prywatnych placówek medycznych centralną, państwową kontrolą, wraz z możliwością ich nacjonalizacji, jeśli tego będzie wymagać dobro pacjentów.

Brzask, 24.04.2020 r.

Epidemia koronawirusa obala kapitalistyczne mity. Pokazała jak wrażliwy na kryzysy jest kapitalistyczny model sprywatyzowanej służby zdrowia.

Jedną z przyczyn wybuchu epidemii były wolnorynkowe mechanizmy i brak odpowiedniego nadzoru nad handlem dzikimi zwierzętami w chińskiej prowincji Wuhan. Nie zachowywano tam podstawowych norm higieny oraz bezpieczeństwa. Dzikie zwierzęta miały kontakt ze sobą i z ludźmi, przede wszystkim sprzedawcami i dostawcami, którzy stali się pierwszymi ofiarami wirusa. Chiny pokazały, że dopiero wkroczenie państwa, z bardzo rygorystycznymi normami, na przykład natychmiastowym zamknięciem zakładów pracy oraz bezwzględnym zakazem podróżowania przynosi efekty.

Dla odmiany we Włoszech władze bardzo długo zwlekały z wprowadzeniem obostrzeń między innymi ze względu na obawy o gospodarkę. Biznes, w tym wielkie fabryki, działał nadal, stwarzając ogromne zagrożenie epidemiologiczne. W zakładach Fiata i innych to robotnicy, zrzeszeni w związkach zawodowych, musieli interweniować, aby zmusić kapitalistów do zastosowania norm bezpieczeństwa. Pracownikom usług komunalnych z opóźnieniem zapewniono środki ochrony, nie mówiąc już o zatrudnionych w prywatnych usługach.

We Włoszech publiczna służba zdrowia, w roku 2000 uznana przez Światową Organizację Zdrowia za jedną z najlepszych na świecie, była od 2012 roku ofiarą corocznych cięć budżetowych. Część usług medycznych została sprywatyzowana, a inne zorganizowano na zasadzie częściowej odpłatności, nawet w placówkach publicznych. W 2015 roku 20% Włochów nie było stać na podjęcie leczenia. 7,8 mln ludzi wydawało niemal całe swoje zarobki na ubezpieczenia medyczne oraz zabiegi. Postepował jednocześnie proces starzenia się populacji. Kiedy w bieżącym roku wybuchła epidemia, wraz zbyt późnym wprowadzeniu ograniczeń poruszania się, zapaść włoskiej służby zdrowia przyczyniła się do ponad 140 tysięcy zachorowań i niemal 20 tysięcy ofiar śmiertelnych.

Obecnie jeszcze gorsza sytuacja zapanowała w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie istnieje powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Prywatne usługi i ubezpieczenia medyczne okazują się z kolei niewystarczające do pokrycia kosztów leczenia nawet mniej groźnych chorób. Ze względu na to iż usługodawcy konkurują na rynku, skupiają się na tych dziedzinach medycyny, które przynoszą największe zyski. Stąd większa uwaga przywiązywana do na przykład chirurgii plastycznej niż terapii chorób zakaźnych. Szpitale wprowadziły również politykę jak największego obłożenia łóżek, dochodzącego nawet do 90%. Z punktu widzenia kapitalistycznej ekonomii ograniczanie wydatków spowodowało, iż obecnie brakuje szpitalnych przygotowanych na przyjęcie zakażonych koronawirusem. W całych Stanach Zjednoczonych w momencie rozpoczęcia epidemii było nie więcej niż 45 tysięcy wolnych miejsc dla pacjentów z chorobami zakaźnymi – kilkakrotnie mniej niż na przykład w Korei Południowej. Symbolem nieprzygotowania amerykańskiego systemu ochrony zdrowia stały się przenośne kostnice budowane przed szpitalami. Burmistrz Nowego Jorku musiał prosić władze federalne o przysłanie wojskowego okrętu szpitalnego, który przyjąłby chorych ze szpitali. Zabrakło bowiem miejsc nie tylko dla zakażonych koronawirusem, lecz również innych chorych.

Komercjalizacja służby zdrowia spowodowała również cięcia wydatków na sprzęt, który nie przynosi jak najszybszych zysków. W związku z tym zarówno Włochy, jak i w jeszcze większym stopniu Stany Zjednoczone, nie posiadają zapasu respiratorów potrzebnych najciężej przechodzącym koronawirusa. We Włoszech spowodowało to konieczność podejmowania dramatycznych decyzji kogo odłączyć od respiratora. W Stanach Zjednoczonych sytuacja taka pojawi się już wkrótce. Problemem jest również brak nawet najbardziej podstawowych środków ochrony dla pracowników medycznych. USA, przedstawiane jako „najbogatszy kraj świata”, musiały uruchomić ich dodatkową produkcję, ponieważ okazało się, iż lekarze i pielęgniarki przygotowują improwizowane kombinezony ochronne z worków na śmieci.

Kapitalistyczny model opieki zdrowotnej przyczynia się do wzrostu liczby ofiar również ze względu na to, iż nie obejmuje znacznych grup ludności. W Stanach Zjednoczonych od 1978 roku niemal nie zmieniły się realne dochody biedniejszej części społeczeństwa. Tymczasem ceny usług medycznych wzrastały. W najgorszej sytuacji znajdują się emigranci, pracownicy sezonowi oraz seniorzy. Duża grupa ludzi starszych ma zbyt niskie dochody aby leczyć choroby spowodowane wiekiem. Są to schorzenia przewlekłe wymagające zwykle dużych nakładów finansowych. Większość tanich ubezpieczeń zdrowotnych nie wystarcza na pokrycie kosztów bardziej skomplikowanego leczenia. Osoby z nieleczonymi chorobami przewlekłymi są z kolei potencjalnymi ofiarami śmiertelnymi koronawirusa. We Włoszech i Hiszpanii zmarła niemal połowa pensjonariuszy domów starców i domów pomocy społecznej.

Kapitalizm powodujący ogromne wykluczenie społeczne sprawia jednocześnie, że dla wielu ludzi, w tym z grup ryzyka, spełnienie zasad kwarantanny, pozostania w domu oraz zachowania społecznego dystansu jest niemożliwe. Dotyczy to na przykład bezdomnych, ale również mieszkańców biednych dzielnic zmuszonych do podejmowania niebezpiecznych, śmieciowych prac aby utrzymać rodziny. Nie mogą oni z dnia na dzień przerwać pracy, ponieważ pozostaliby bez środków do życia. Żyją często w dużych skupiskach przy ograniczonym dostępie do instalacji sanitarnych. Jest to środowisko idealne do powstawania epicentrów epidemii.

Komercjalizacja służby zdrowia przyczynia się do rozwoju epidemii również ze względu na charakter zatrudnienia personelu. Nie wystarcza funduszy na oddzielenie pracujących przy chorobach zakaźnych od całej reszty medyków. Część lekarzy i niemal wszystkie pielęgniarki są zatrudnieni na kontratakach wymuszających pracę w kilku miejscach. Dyżurują w szpitalu, a następnie w prywatnej klinice lub domu opieki. Zarówno we Włoszech, jak i w USA doszło do przypadków przenoszenia wirusa między placówkami medycznymi właśnie przez pracowników medycznych. Miało to miejsce również w Polsce, w wyniku czego kwarantanną objęto częściowo lub całkowicie niektóre szpitale.

W obliczu pandemii upada również mit o rzekomej innowacyjności kapitalizmu. Okazało się, że to państwowe instytuty, między innymi na socjalistycznej Kubie, prowadza badania nas szczepionkami i lekiem. Bez interwencji państw oraz przeznaczenia publicznych pieniędzy, działania te nie byłyby możliwe. Wielkie koncerny farmaceutyczne, dysponujące ogromnymi środkami, kierując się wolnorynkową logiką były bowiem od lat zainteresowane przede wszystkim medykamentami przynoszącymi jak najszybsze i największe zyski. Dlatego skupiały się na medycynie estetycznej, prostych suplementach diety i innych mało istotnych z punktu widzenia badań medycznych dziedzinach. Nawet obecnie dopiero zmuszone przez rządy państw, w bardzo ograniczonym stopniu włączają się do walki z pandemią.

Brzask, 11.04.2020 r.

Szum, niewidzialna ręka rynku i wizje wyjścia

Od początków pandemii koronawirusa otacza nas informacyjny szum. Nawet bardziej niż otacza. Niemal z dnia na dzień pogłębia się. Warto jednak przyjrzeć się, co przewija się pomiędzy coraz rzadszymi już chyba ogłoszeniami o dostawie posiłków do domu.

Zauważa się bez trudu chór głosów (rozdzierających krzyków – chciałoby się powiedzieć) epigonów neoliberalizmu – tak groteskowych, że aż trudno ich w obecnej sytuacji nie zauważyć. Jak to państwo zadręcza ich podatkami, nie wspiera, nie zasila pieniędzmi, nie odpuszcza wszystkiego im w pacht. „Przecież to my tworzymy dochód, miejsca pracy i co tam jeszcze. Bo jak nie – to zabierzemy nasze zabawki (czytaj – pieniądze z banków), pójdziemy sobie i będziecie nas prosić, żebyśmy wrócili”. Za tymi zgranymi mantrami nie sposób nie wysłyszeć tego, o co naprawdę chodzi. Przesłanie w swojej istocie, choć powtarza wszystko co już zawsze słyszeliśmy, tym razem brzmi bowiem wręcz histeryczne: „Jak to, nie kupimy sobie w tym roku po nowym Range Roverze, nasze dzieci nie pójdą do prywatnej szkoły, żeby nie musiały stykać się z plebsem, nie będziemy mieli kasy na kochankę, na którą przecież musimy łożyć, i na wczasy na Malediwach dla żony, żeby miała jakąś kompensatę? Na to niech pracuje dziesięciu durniów na śmieciówkach, za które winni nam dozgonną adorację i wdzięczność. I co, ten wspaniały świat ma się zmienić?”

Cieszą natomiast coraz częstsze głosy lewicy radykalnej, wieszczące rychły zmierzch konsumerystycznego kapitalizmu. Mówiące – skądinąd słusznie – o potrzebie renacjonalizacji przynajmniej głównych gałęzi gospodarki, odejścia od oparcia jej na usługach, konieczności przejęcia przez państwo odpowiedzialności za zapewnienie podstawowych mechanizmów zabezpieczeń – systemu opieki zdrowotnej, edukacji, bezpieczeństwa, pomocy socjalnej. Do niedawna traktowany z przymrużeniem oka nawet przez wielu mniej lub bardziej nominalnych lewicowców postulat minimalnego dochodu gwarantowanego wymieniany jest na tej liście jak najbardziej poważnie i nie budzi już szczególnego zdziwienia. Zaczynamy sobie zdawać sprawę, że nawet w mniej urynkowionej gospodarce ktoś będzie musiał wytworzone dobra kupować, a nie zrobią tego ludzie pozbawieni środków do życia.

Już teraz widać, że taki model urządzenia społeczeństw w dobie kryzysu sprawdza się najlepiej. Starczy popatrzeć na państwa, które jak Kuba nie tylko są w stanie skutecznie opanowywać epidemię, ale i świadczyć pomoc innym, choć są obecnie tylko enklawami w kapitalistycznym świecie, które już dawno miały się podobno załamać i znaleźć w zapaści.

Jak wprowadzenie tych rozwiązań miało się dokonać – nie jest jednak jasne. Czy to system miałby się sam zreformować, bo nie będzie widział przed sobą już innej alternatywy, a w czasie kryzysu „wszyscy (jakoby) stają się socjalistami”, czy nastąpi „bunt mas”, na który w zatomizowanych społeczeństwach rozwiniętych trudno póki co liczyć? Te pytania w rozważaniach lewicowych ekonomistów pozostają zwykle bez odpowiedzi.

Rządzący aplikują nam z kolei – bardziej zaawansowany niż poprzednio stosowane – wariant administrowania strachem. Niestraszni są już imigranci z globalnego Południa, którzy „zaleją nas, odbiorą nam pracę i nasze kobiety i wykorzystają multi-kulti do tego, aby pozbawić nas tożsamości”, niestraszny nawet demoniczny Putin, którego macki „sięgają wszędzie”. Teraz straszny jest wirus, przed którym grupa trzymająca władzę nas broni najskuteczniej jak może i nie wolno tego w żaden sposób kwestionować. Dlatego mamy coraz to nowe i groteskowe zakazy, wprowadzane w imię powstrzymywania pandemii, ale przy okazji służące też pogłębianiu atomizacji społeczeństwa i skazujące jego członków na przeżywanie strachu w samotności. Przyprawia się je słowami otuchy postulowanego ponadklasowego solidaryzmu typu „głęboko wierzę w to, że wspólnie sobie poradzimy, tylko musimy być posłuszni”. Póki co – remedium działa, bo wprowadzanych w celu walki z koronawirusem rygorów nikt nie zakwestionuje. Tak samo, jak nikt nie odważył się powiedzieć, że „król jest nagi” ani nie zapytał „po co jest ten miś?”

Administrowanie strachem i wyższą koniecznością po raz kolejny sprawdza się jako metoda na utrzymanie władzy, ale na niewiele poza tym. Pewnie nawet po zakończeniu czy też opanowaniu epidemii wiele z tych przez nią usankcjonowanych ograniczeń wolności zostanie przez rządzących uznana za przydatne i warte utrzymania na stałe.

W tle dostajemy jałowy spektakl rozgrywany przez polityków uważających, że istota polityki sprowadza się do personalnych rozgrywek, kto będzie premierem, co zrobi senat, ale o tym, jak rządzący widzą jakiś konstruktywny plan na przyszłość – wiadomo najmniej. To co robią, nie tylko w Polsce, sprowadza się do prezentowania dziwacznego amalgamatu przejętych z przeszłości recept, jak radzić sobie z epidemią. Już nie z kryzysem gospodarczym, który jest aż nadto widoczny – tu amalgamat ten jest już nie tylko dziwaczny, ale i eklektyczny, zbudowany z elementów, o których już teraz można powiedzieć, że po pierwsze będą ze sobą nie do pogodzenia, a z których przebijają wątki ochrony przedsiębiorców i nakazy solidarnych zachowań i dyscypliny. To ostanie znamy dobrze, bo przez kolejne kryzysy oznaczało tylko, że zamiast spojrzeć na świat ze swojej perspektywy, pracownicy mają się potulnie godzić na przerzucanie na nich kosztów gospodarczej zapaści. Po drugie – będzie to kryzys inny niż ten z 2008 roku – uderzający nie w bankową nadbudowę, ale w samą podstawę sił wytwórczych i w istotę modelu gospodarczego polegającego na ustawicznej ucieczce do przodu: w rosnący dług ukryty w śmieciowych papierach wartościowych, w stymulowanie niepotrzebnej nikomu nadmiernej konsumpcji, w oparcie go na usługach, a nie na produkcji. Tymczasem zaś widać wyraźnie, że w obliczu tego kryzysu, usługi i konsumpcja uwiędną pierwsze. Już dogorywają, podobnie jak system finansowania stojący za nimi i zbudowany wokół koncepcji, żeby dziś wydawać już nie pieniądze „jutrzejsze”, ale nawet „pojutrzejsze”.

Jak będzie wyglądał świat kryzysu – tak naprawdę za wcześnie jest przewidywać, co w obecnej sytuacji nie jest może najlepszą pociechą. Jedno chyba tylko można z pewnością powiedzieć, że nie opanują go zamknięte w sobie państwa narodowe. Już pierwsze tygodnie ogólnoświatowej sytuacji kryzysowej pokazują jasno, że na rozwiązania skuteczne można liczyć tylko w skali globalnej. I nie będą one wypracowywane w drugoligowych stolicach. Ani nawet – w pierwszoligowych, bo nie ma dziś na świecie państwa w pojedynkę tak silnego, żeby mogło nadać ton dalszym przemianom. Bez rozwiązań internacjonalnych i bardziej radykalnych niż te, które obecny system byłby w stanie zaproponować, wyjścia z tego kryzysu nie będzie.

Na tle tego informacyjnego szumu nie słychać głosu socjaldemokracji, „nominalnej lewicy”, która wierzy, że państwo socjalne da się pogodzić z kapitalizmem. Czy z tego powodu, że ów oparty na niespójnym założeniu pomysł miał okazję zaistnieć tylko w szczególnych okolicznościach, które od kilku dziesiątków lat nie zachodzą. Czy dlatego, że eklektyczne instrumentarium socjaldemokratycznego, centrowego paradygmatu zostało w gruncie rzeczy przejęte przez inne siły polityczne, które z równym skutkiem – a głośniej – propagują rozwiązania tak samo mieszające elementy wywodzące się z niezachwianej wiary w „niewidzialną rękę rynku” z frazeologią bezklasowego solidaryzmu społecznego? Czy też dlatego, że doszła do wniosku, że będąc zwekslowana na margines głównego nurtu, pozostaje jej tylko siedzieć cicho i co najwyżej ograniczyć się do rytualnej krytyki politycznych przepychanek, w których i tak nie bierze udziału, bo nikt jej do nich nie dopuści? Czy też może – w obliczu nadchodzącej konfrontacji między skrajnym liberalizmem, gotowym bronić preponderacji kapitału za wszelką cenę, kosztem nędzy, bezrobocia i bezdomności i śmierci milionów, a wizją nowego świata, opartego nie na zasadach wyzysku i niekontrolowanej akumulacji, socjaldemokracja nie ma po prostu do powiedzenia nic, nad czym warto w ogóle się zastanawiać.

Z tego szumu informacyjnego jedna konkluzja wyłania się wyraźnie: co zrobić, jakie rozwiązania zastosować, dobrze wiadomo. Pozostaje sobie jeszcze odpowiedzieć – jak do tego doprowadzić. Ale i na to pytanie odpowiedź zapewne przyjdzie niedługo, bo wkraczamy w obszar nieznanego, w świat, w którym to, co jeszcze niedawno było ukryte za horyzontem czasu i niewyobrażalne, manifestuje się już teraz na naszych oczach. Liberalna ułuda bezklasowego świata rozpada się. A to jeszcze nie koniec.

Grzegorz Waliński, 10.04.2020 r.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s