Atos, Portos i Aramis

czyli o trzech muszkieterach polskiej lewicy

Najnowsza inicjatywa znanych od lat polityków szeroko pojętej polskiej socjaldemokracji pod nazwą Europa Plus, której celem jest zdobycie mandatów w przyszłorocznych wyborach euro parlamentarnych odbiła się szerokim echem w mediach i wywołała spory ferment na polskiej tzw. lewicy. Za przyczyną powstania tego nowego tworu politycznego uwidocznił się w pełnej krasie tlący się od dłuższego czasu, coraz bardziej i bardziej, konflikt na lewej stronie polskiej sceny politycznej. Konflikt interesów a także ambicjonalny i personalny nie zaś konflikt ideologiczny.

Otóż 12 kwietnia na specjalnie zorganizowanej w Warszawie konferencji prasowej trzej weterani polskiej polityki: Aleksander Kwaśniewski, Marek Siwiec i Janusz Palikot jako liderzy nowo powstałego bytu politycznego zaprezentowali wojewódzkich koordynatorów swojej formacji rozpoczynając tym samym powoli ofensywę propagandową, której celem jest przekonanie jak największych mas, przede wszystkim tej części elektoratu, który rozczarowany jest nieudolnymi rządami Platformy Obywatelskiej a także poczynaniami skostniałego do granic możliwości SLD. Trzech liderów łączy przy tym przede wszystkim wspólnota interesów, każdy z nich bowiem ma w tym bowiem swój partykularny biznes a także jeden wspólny cel o charakterze ambicjonalno-personalnym.

Na przewodnią twarz tego projektu wysuwany jest były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Polityk ten, cokolwiek by o nim nie sądzić, doświadczony w politycznych bojach znajduje się od 2005 roku na politycznej bocznicy, na której przebywanie coraz mniej mu odpowiada. Bez wątpienia jest on jeszcze człowiekiem na tyle żwawym, że mógłby i chciałby do życia publicznego, w takim czy innym charakterze, wrócić. Nie jest to jednak możliwe pod sztandarem SLD gdyż konflikt byłego prezydenta z byłym premierem a obecnym (i byłym także) przewodniczącym Sojuszu Leszkiem Millerem jest powszechnie znany. Jak wiadomo łączy ich „szorstka przyjaźń”. Widocznie jednak jest zbyt szorstka by porozumienie było możliwe choć obie strony prezentują przy tym całkiem odmienny pogląd na dalszy kształt lewicy w Polsce. Drugą z osób jest Janusz Palikot, polityk bez wątpienia nadal rozpoznawalny ale szybko się wypalający w ostatnim czasie. Widząc coraz bardziej niekorzystne sondaże Palikot postanowił wziąć udział w budowaniu nowej inicjatywy, swoistego zabezpieczenia dla swojej własnej osoby przeczuwając zapewne klęskę Ruchu jego imienia w kolejnych wyborach parlamentarnych. Licząc na ewentualny sukces Europy Plus liczy zapewne przy tym na bezbolesną ewakuację z tonącego okrętu jakim jest jego własna partia. Trzecim z liderów jest Marek Siwiec, człowiek któremu w ostatnim czasie było widocznie już za ciasno w SLD i nie po drodze z wszechwładnym Leszkiem Millerem i być może również starą gwardią go otaczającą, na którą składają się tacy ludzie jak choćby Józef Oleksy a do której zapewne należą także inni, nieobecni na piedestale od lat politycy Sojuszu, a którzy mogą znów się, także medialnie, uaktywnić. Przeczuwając być może rychłą marginalizację swojej osoby i niskie miejsce na liście wyborczej w eurowyborach 2014 a co za tym idzie iluzoryczne szanse na mandat europosła postanowił, podobnie jak Palikot choć z innego powodu, ewakuować się z okrętu, na którym nie jest mu już wygodnie.

Oprócz powyższych osobistych powodów utworzenia nowej formacji tych trzech muszkieterów polskiej „lewicy” łączy jeszcze jeden, wspólny cel. Tym celem jest Leszek Miller. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że żaden z przywódców Europy Plus nie darzy szefa SLD sympatią i z niekłamaną przyjemnością zmarginalizowałby go politycznie czy mówiąc bardziej kolokwialnie- dokopałby mu. Przy tym zarówno jedna jak i druga strona nie ma zamiaru ustąpić nawet o krok choć obie stosują całkiem odmienną retorykę. Liderzy Europy Plus stawiają na puste hasła o współpracy, której w rzeczywistości wcale nie chcą i postawa Leszka Millera jest dla nich jak najbardziej na rękę. On sam zaś postawił na pójście swoją drogą, bez ugrupowania Kwaśniewskiego, Palikota i Siwca. Przy tym spór ambicjonalny toczący polską eurolewicę są już tak bardzo widoczne,  że niewiele już brakuje do wybuchu otwartej wojny między tymi formacjami, której wyrazem będzie pewnie polityka czarnego PR-u prowadzona przez obie strony podczas przyszłorocznej kampanii wyborczej. Polska tzw. lewica głównego nurtu przeżywa w ten sposób tę samą chorobę, na którą cierpiała prawica w latach 90-tych polegającą na rozdrobnieniu i wzajemnym zwalczaniu się. Po latach chaosu na prawicy doszło do zjednoczenia większości środowisk pod logo Prawa i Sprawiedliwości. Czy do podobnej sytuacji dojdzie kiedyś na lewicy czas pokaże.

Bez żadnych jednak wątpliwości między tymi dwoma lewicującymi bytami politycznymi nie ma i nie będzie sporu ideologicznego gdyż polska „lewica” od dawien dawna wyprana jest ze wszystkich lewicowych ideałów i jest tylko i wyłącznie wspólnotą interesów grupy politycznych weteranów. Nawet jeśli podnoszone będą pewne hasła ukazywane jako sporne to będą to sztuczne spory o rozwiązanie spraw, w które sami przywódcy obydwu ugrupowań sami nie wierzą i rozwiązać nie chcą w żaden sposób, w szczególności zaś nie w myśl lewicowych ideałów.

Nie ulega wątpliwości, że podział ten osłabi lewą stronę jeszcze bardziej zapewniając dalszą supremację środowiskom prawicowym, PO i PiS. Ile procent poparcia otrzyma jedna i druga strona tego sporu i kto kogo wyprzedzi czas pokaże. Pewne są natomiast dwie rzeczy. Po pierwsze w takim czy innym układzie będzie to garstka wyborców ponieważ na wybory do euro parlamentu chodzi zaledwie ok. 20% wyborców a w obecnej sytuacji kryzysu w UE i ogólnego nią rozczarowania więcej nie będzie. Po drugie na kanwie tego sporu szeroko otwierają się drzwi dla partii prezentujących prawdziwie lewicowy program wyborczy takich jak KPP i zagospodarowania rozczarowanego lewicowego elektoratu, którego w Polsce jest więcej niż niejeden mógłby przypuszczać.

El Compañero

Terroryzm dotarł w końcu także i do nas

Tytuł ten wzięty z jednego ze skeczów Kabaretu Moralnego Niepokoju, choć w satyrycznym świetle przedstawiający Koreę Północą jak najbardziej posłużyć może do opisania ostatnich wydarzeń na Półwyspie Koreańskim. Ciekawa choć groźnie wyglądająca sytuacja jaka powstała w ostatnich dniach w tamtym rejonie świata wygląda bowiem odwrotnie niż przedstawiają to media kapitalistycznego świata.

Cała awantura zaczęła się od kolejnej atomowej próby Phenianu jaka miała miejsce 12 lutego. Rząd tego kraju rozwija technologię atomową już od początku XXI wieku, tak do celów cywilnych jak  i militarnych. W 2007 roku, podstawiona pod ścianą szantażu Korea Północna zamknęła swój ośrodek badawczy w Jongbion przenosząc go w inne, nieznane służbom specjalnym państw NATO miejsce. Cel owych badań jest oczywisty choć odwrócony zupełnie przez zachodnie, w tym polskie media. Rzec by można było, iż „odwrócono kota ogonem”. Otóż Korea Północna, w drodze modernizacji swojego kraju postanowiła rozwijać technologię dostępną, według Waszyngtonu jedynie wybranym. Tym, którzy Waszyngton popierają i są gotowi za niego walczyć. Zabawne są przy tym lamenty Zachodu wskazujące na skrajne zacofanie tego komunistycznego kraju przy jednoczesnym potępieniu próby modernizacji sektora energetycznego tego państwa. Zauważyć przy tym warto, że KRLD finansuje owe atomowe ambicje z własnych środków co zadaje kłam apokaliptycznym wizjom stanu gospodarki tego kraju, w którym ludzie jedzą wodorosty popijane morską wodą. Fakt ten nie uszedł uwadze Stanom Zjednoczonym a przy tym, niejako z przymusu, ich sojusznikom, którym nie w smak silne i niezależne antyamerykańskie państwo. W związku z tym postawiono na stary jak świat zabieg polityczny- prowokację. W tym wypadku prowokację militarną pod postacią wspólnych ćwiczeń wojskowych armii Korei Południowej i USA. Biorąc to pod uwagę militarny aspekt ambicji atomowych Korei Północnej jest jak najbardziej zrozumiały. Broń atomowa jest dla Korei Północnej jedynym gwarantem niezależności przed imperialistycznymi zakusami Stanów Zjednoczonych, swoistym „straszakiem” na państwa Paktu Północnoatlantyckiego. Albowiem nikt kto jest przy zdrowych zmysłach nie uważa chyba, że mała Korea, której jedynym i wcale nie tak do końca pewnym sojusznikiem są Chiny może rozpocząć działania zbrojne przeciwko państwu południowokoreańskiemu a w związku z tym także państwom, które są jej sojusznikami czyli Stanom Zjednoczonym i Japonii. Tym bardziej nikt chyba nie uważa, że taka hipotetyczna wojna miałaby jakikolwiek, militarny czy polityczny, sens dla Korei Północnej. Byłaby to bowiem wojna, której KRLD nie byłaby przecież w stanie wygrać. Sytuacja jest więc odwrotna- władze koreańskie rozwijają swój potencjał atomowy jako potencjał defensywny. Kim Dzong Un i inni najwyżsi przedstawiciele władz koreańskich nie są przecież ślepi i widzą kolejne upadające antyamerykańskie państwa takie jak Irak, Libia czy, już niedługo, Syria. Z tego powodu ową technologię rozwijają, z resztą z tych samych powodów robi to także Iran.

Czy wystarczy to do powstrzymania imperialistycznych zakusów USA czas pokaże. Tym niemniej, jest to jedyna w zasadzie linia obrony Korei Północnej a w związku z tym dążenia tego kraju należy popierać. Dążenia, których celem jest obrona swojej niezależności i możliwości decydowania o sobie samym. A terroryzm? Dotarł w końcu także i do nas mogliby powiedzieć Koreańczycy z północy. Terroryzm made in USA.

El Compañero

Cypr a sprawa polska

Mamy to jak w banku

Zataczający coraz szersze kręgi kryzys eurostrefy dotarł w ostatnim czasie także na Cypr, kolejne z państw, które przyjęło wspólnotową walutę, kolejne z państw „na dorobku”, kolejne w którego sytuacji możemy znaleźć analogie do polityki unijnej polskiego rządu. Rozpaczliwe działania cypryjskich notabli pchają ów kraj jak i całą strefę euro w coraz głębszą przepaść. Sam kryzys zaś ma niejako dwa aspekty- ten czysto ekonomiczny, widoczny i namacalny zarówno dla elit jak i obywateli i ten ulotny, którego skutki będą równie długofalowe i bardziej bolesne czy wręcz katastrofalne dla obecnego układu sił w Europie i nie tylko. Ten drugi aspekt to kryzys zaufania nie tylko dla sektora bankowego ale i w ostateczności dla całej Unii Europejskiej. W kontekście tych aspektów można rozpatrywać także przetaczającą się w ostatnim czasie przez Polskę dyskusję na temat przyjęcia unijnego pieniądza i ogólnego miejsca naszego kraju w Unii Europejskiej.

Pierwszy z tych aspektów, ekonomiczny, jest dosyć klarowny. Tonący w długach Cypr, państwo na skraju bankructwa zwraca się z prośbą do swych sojuszników o pożyczki mające uratować strzępy państwowego budżetu. Cypr siedzi przy tym okrakiem na barykadzie zwracając się to do instytucji unijnych to do Federacji Rosyjskiej licząc przy tym zapewne na zapewnienie równowagi i swoistej niezależności. Niezależności opartej na zależności finansowej od niejednego partnera lecz wielu. 10 mld euro pomocy unijnej jaką Cypr zacznie niebawem otrzymywać, a której pierwsza transza zostanie podarowana bankrutującemu państwu już w maju uczyni z Cypru kolejnego wasala Unii a w szczególności Niemiec, których imperialistyczne dążenia są już aż nadto widoczne. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, iż bankructwo tego wyspiarskiego kraju nie skutkowałoby dla Wspólnoty żadnymi poważniejszymi konsekwencjami, szczególnie nie na dłuższą metę. Cypr bowiem jest małym państwem o dość nikłym znaczeniu gospodarczym, ulubionym miejscem turystów oraz wszelkiej maści posiadaczy wielkiego kapitału, legalnego lub nie. Ewentualna niewypłacalność wyspy mogłoby skutkować więc co najwyżej chwilowymi perturbacjami na światowych giełdach, nic więcej. Jednakże cel pomocy, swoistej „solidarności” z Cyprem ma wymiar czysto polityczny, imperialistyczny. Reakcja unijnych urzędników, którzy ochoczo ofiarowują Cyprowi pieniądze potrzebne mu do załatania dziur w budżecie ma na celu uzależnienie tego kraju od 27-mki, przejęcie kontroli nad jego finansami a w konsekwencji ewentualnie szantażowaniu ekonomicznemu i w zasadzie zrzeczenie się faktycznej niezależności na rzecz unijnych instytucji. Instytucji, których imperialistyczny charakter już teraz jest bardzo niebezpieczny. Drugi aspekt, ten ulotny, jest dużo groźniejszy choć dający również pewną nadzieję. Rozczarowani Cypryjczycy zapewne już więcej nie zaufają bankom, którym powierzyli swoje pieniądze. Nie zaufa zarówno bogata burżuazja jak i masy pracujące. Burżuazja z powodu strat jakie przyniesie im wkrótce strata części swoich oszczędności ulokowanych w tym słonecznym raju podatkowych. Masy pracujące z powodu strachu przed kolejnymi zamknięciami banków na wiele dni co skutkuje niemożnością wypłaty pieniędzy na nawet najpotrzebniejsze rzeczy. Sytuację tę obserwuje cała Europa. Wydarzenia z Cypru będą zapewne w nadchodzących latach skutkować spadkiem zaufania do sektora bankowego w całej Unii Europejskiej. Efektem może być wręcz załamanie się tego sektora, który przecież żyje w dużej mierze z obsługi kont prywatnych osób. Ostatecznym efektem może być całkowite podcięcie skrzydeł europejskiej ekonomii co zakończyć może się dalszym pogłębieniem kryzysu kapitalistycznego Zachodu. Oczywiście jak to zawsze bywa w tego typu przypadkach najboleśniej skutki takiej hipotetycznej póki co sytuacji odczują niższe klasy społeczne. Skończyć może się to falą wystąpień, zamieszek i ogólnych niepokojów w krajach europejskich. Lecz, tak jak zostało wcześniej wspomniane, daje to pewną nadzieję. Nadzieję na zmianę obecnej sytuacji polityczno-ekonomicznej w Europie. Czy będą to zmiany na lepsze oraz w którym kierunku ewentualnie pójdą czas pokaże.

W kontekście tego zamieszania można też rozważyć sytuację Polski. Rząd bowiem, ustami premiera Donalda Tuska czy Radosława Sikorskiego podczas jego niedawnego expose w Sejmie zdecydowanie forsuje przystąpienie Rzeczypospolitej do strefy euro. Nie bacząc na zarówno widoczne gołym okiem niewprawnego obserwatora, ekonomicznego laika wydarzenia i ich skutki a także na ostrzeżenia płynące od person poważanych w świecie ekonomii jak choćby amerykańskiego noblisty w tej dziedzinie z 2008 roku Paula Krugmana zabiega o przyłączenie Polski do eurozony. Co ciekawe, nawet sam minister Sikorski wskazywał w swym expose jedynie na wątpliwe korzyści polityczne a nie na korzyści ekonomiczne. Nie da się bowiem ukryć, że korzyści ekonomiczne są bowiem żadne gdyż mówiąc najogólniej żaden kraj do tej pory nie wzbogacił się na przystąpieniu do strefy euro, w szczególności zaś masy pracujące, których dobrobyt nie zależy przecież od przyjęcia jednej wspólnej waluty. Co zaś się tyczy korzyści politycznych to argumentacja polityków rządzącej partii, zwłaszcza premiera i ministra spraw zagranicznych wręcz zdumiewa. Otóż rządzący uważają, iż dzięki przyjęciu euro „wejdziemy do najściślejszego kręgu decyzyjnego Unii Europejskiej” (cyt. z min. Sikorskiego- przyp. autora). Jednakże minister nie zauważył bądź pominął dość nieistotny fakt, iż państwa takie jak Hiszpania czy Grecja, również duże i ludne jak Polska do tego „najściślejszego kręgu” dotychczas nie weszły a wręcz straciły na zmianie waluty. Nie zauważył lub nie chciał zauważyć, że jednym z wiodących państw Unii jest Wielka Brytania, która ani myśli o zamianie funta na euro. Nie wziął również pod uwagę tego, że wiodące we Wspólnocie prym Niemcy raczej nie podzielą się władzą a ich imperialistyczne dążenia mają na celu jedynie uzależnienie kolejnego państwa. Retoryka rządu świadczy więc albo o skrajnej ignorancji albo o zaprzedaniu się politykom zachodnim. Lub też o jednym i drugim.

Niezależnie od pobudek rządzącej Polską burżuazji należy stanowczo sprzeciwić się przyjęciu przez nasz kraj unijnego pieniądza co Komunistyczna Partia Polski czyni. W innym przypadku w nieodległym czasie staniemy się kolejną Grecją, Cyprem czy Hiszpanią. Krajem, który podzieli los krajów Południa. Bezwolną satelitą imperialistycznych Niemiec, krajem posłusznie wykonującym dyrektywy biurokratycznej unijnej machiny.

El Compañero

Strajkowa klapa

Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjno – Strajkowy (Solidarność, OPZZ, Forum Związków Zawodowych, WZZ Sierpień 80) zaplanował na dzień 26 marca strajk generalny na Górnym Śląsku. Strajk miałby objąć główne gałęzie przemysłu (m.in. górnictwo, hutnictwo, energetykę) oraz niektóre usługi np. transport publiczny. Strajk ma się odbyć w godzinach od 6 do 10, chyba że w rozmowach ostatniej szansy związkowcy znajdą porozumienie z rządem dotyczące postulatów strajkowych. Postulatami MKP-S są:

6)      stworzenie osłonowego systemu regulacji finansowych oraz ulg podatkowych dla przedsiębiorstw utrzymujących zatrudnienie w okresie niezawinionego przestoju produkcji,

wprowadzenie systemu rekompensat dla przedsiębiorstw objętych skutkami pakietu klimatyczno – energetycznego,

ograniczenie ustaw dopuszczających stosowanie tzw. umów śmieciowych,

likwidacja NFZ i stworzenie systemu opieki zdrowotnej opartego na podobnych zasadach na jakich działała dawna Śląska Kasa Chorych,

zaniechanie likwidacji rozwiązań emerytalnych przysługujących pracownikom zatrudnionym w szczególnych warunkach,

zaprzestanie likwidacji szkół i przerzucania finansowania edukacji na samorządy.

Z tego wszystkiego wynika moim zdaniem co następuje: związki zawodowe, które chcą pokazać rządowi siłę i determinację, pokażą raczej swoją słabość. Organizacja „strajku generalnego” (właściwie będzie on takim tylko z nazwy), to raczej ostatni przedśmiertelny zryw niż przejaw siły i witalności związków zawodowych w Polsce. Wskazują na to następujące fakty: po pierwsze – zasięg terytorialny strajku. Jest on ograniczony wyłącznie do województwa śląskiego, a więc do bardzo małego obszaru Polski. W innych województwach związkowcy nie są po prostu w stanie zorganizować podobnej akcji. Po drugie – nawet na Śląsku strajk nie obejmie nawet połowy pracujących. Ograniczony jest on właściwie do sektora publicznego i do branż w których związki mają jeszcze tradycyjnie w miarę pewną pozycję.

Branże w pełni prywatne, usługi, finanse, handel nie przyłączą się do strajku. Po trzecie – zakres żądań strajkowych. Są one niewystarczające i mało zdecydowane. Nie da się oprzeć wrażeniu, że związkowcy bardziej troszczą się o losy przedsiębiorstw niż robotników. Ponadto postulaty są sformułowane w sposób umożliwiający rządowi manipulowanie, oszukiwanie i udawanie. Rząd może się na nie zgodzić, aby później zwodzić, obiecywać, następnie obiecywać że obietnic dotrzyma, udawać, że je dotrzymuje itd. itd. aż do momentu gdy o sprawie wszyscy zapomną.

Postulaty i żądania powinny być postawione konkretnie i stanowczo, tak aby uniemożliwić opaczną interpretację i szukanie półśrodków. Postulatami powinno być np. zwiększenie płacy minimalnej o 500 zł, skrócenie wieku emerytalnego do czasu sprzed jego wydłużenia, zmiana konkretnych zapisów Kodeksu Pracy itp. Po czwarte – już przed samym strajkiem związkowcy wywiesili białą flagę.  Strajk w godzinach 6-10 to  jakiś kiepski żart. Chyba związkowcy posłuchali pouczeń rządu i cięgów od mediów, że osłabianie fabryk raczej nie pomoże robotnikom. Idąc tym tropem, związkowcy rzeczywiście powinni raczej zastrajkować w niedzielne po południe, gdzieś w domu prywatnie, tak aby nie zakłócać spokoju ludności i dobrego samopoczucie przedsiębiorców. Toż to barbarzyństwo strajkować w godzinach pracy! Jakie to koszty, kto za to zapłaci! – wzmaga się oburzenie burżuazji i rządu, a związkowcy z podkulonym ogonem organizują strajk tak aby jak najmniej im zaszkodzić.

Ruch związkowy jest w agonii. Zmiany legislacyjne, prywatyzacja, strach przed utratą pracy, słabi i przekupni liderzy związkowi, śmieciowe umowy pracy – to wywołało pożądany przez burżuazję efekt. Robotnicy są podzieleni, zobojętniali, zatomizowani, nie mają poczucia jedności klasowej i wspólnoty interesów. Praca i życie zostały sprywatyzowane i szczelnie zamknięte do własnego „ja”. Nie liczą się inni, nawet koledzy przy maszynie, a co dopiero robotnicy z innych fabryk czy miast. Dopóki ja mam pracę i co włożyć do garnka, to jest dobrze i nie warto się wychylać. Protesty, strajki? – nie warto. Lepiej siedzieć cicho i cieszyć się, że jak zwalniają to innych a nie mnie. Taka jest mentalność dzisiejszego „sprywatyzowanego” robotnika. Dzisiaj nie wymaga się od niego aby brał sprawy w swoje ręce, aby domagał się praw i sprawiedliwości. Dzisiaj ma on siedzieć cicho, robić co mu każą i dziękować za łaskę tysiąca pięciuset złotych jaką dostaje raz w miesiącu. To wszystko. Czasy gdy wymagano od robotników aktywności i protestów skończyły się 25 lat temu. Dziś robotnicy są bezsilni, związki ubezwłasnowolnione. Rząd może niemal wszystko – wydłuża wiek emerytalny, likwidować uprawnienia pracownicze, zmniejszać stawki za nadgodziny, wydłużać dzień pracy… i nie napotka na żaden opór. To niestety bardzo przykre ale prawdziwe. Organizując strajk generalny związkowcy liczą chyba na cud, że poprzez strajk uda im się wskrzesić bojowego ducha robotniczego. Choć z drugiej strony, być może wcale na ten cud nie liczą. Może to jest tylko ich prywatna rozgrywka o nieodległe już rozdanie stołków w parlamencie.

Ludwik Granma

Kilka słów o PO

Zorganizowane w minioną niedzielę spotkanie Platformy Oburzonych, nieskonsolidowanej jeszcze formacji przewodniczącego Solidarności Piotra Dudy stało się ucieleśnieniem tego czego mogliśmy spodziewać się prędzej czy później- Ruch Oburzonych przetaczający się od momentu wybuchu gwałtownego wybuchu kryzysu kapitalistycznej gospodarki przez cały świat euroatlantycki dotarł w końcu także i do nas.

Czas pokaże czy i jak wielce inicjatywa ta będzie skuteczna i będzie oddziaływać na życie polityczne w Polsce. Póki co można jednak pochylić się nad postulatami zaprezentowanymi przez tę formację, swoiste alter ego obecnie rządzącego ugrupowania, nad rzeczywistymi intencjami przewodniczącego „S” a także czy wręcz przede wszystkim nad niemal histerycznymi reakcjami polityków głównego nurtu w różny sposób bagatelizującymi i deprecjonującymi tę inicjatywę.

Abstrahując w tym momencie od rzeczywistych pobudek Piotra Dudy należy przyznać, iż postulaty wysuwane przez jego PO są nad wyraz słuszne choć nie da się oprzeć wrażeniu, że również mocno populistyczne. Jednym z zaproszonych gości był muzyk Paweł Kukiz, twarz stowarzyszenia Zmieleni.pl promującego jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW).  Celem tego stowarzyszenia jest zmiana obowiązującej w naszym kraju ordynacji wyborczej na wzór ordynacji znanej z krajów anglosaskich.  Nie rozwodząc się już nad praktycznością tego typu ordynacji (każda ma bowiem swoje wady) należy jak najbardziej uznać tę inicjatywę za cenną. Każda bowiem inicjatywa zmierzająca do ruszenia z posad obecnie obowiązującej, skostniałej i pewnej swoich pozycji rządzącej klasy burżuazyjnej jest cenna.

Obecny system w zasadzie nie daje żadnej możliwości zmiany obecnej elity rządzącej, niezależnie od legitymacji partyjnej jakie osoby z owej elity aktualnie posiadają. Obecna ordynacja stworzyła trwałe podstawy do supremacji kapitalistycznej, burżuazyjnej elity, swego rodzaju magnackiej oligarchii, w której niższe klasy społeczne, lud pracujący jest pozbawiony rzeczywistego wpływu na władzę, który rzekomo daje im ustrój demokratyczny. Z tego też powodu owo ludowładztwo stało się tzw. „demokracją raz na 4 lata” a los coraz bardziej tracącego nadzieję ludu pracującego znalazł się w rękach burżuazji, której ów system jak najbardziej odpowiada, system którego nie zamierza ona zmienić a wszelkie deklaracje chęci do zmian są jedynie PR-owymi zagrywkami mającymi na celu „udobruchać” choć na chwilę niezadowolony lud.

Oczywiście aby zdobyć władzę we współczesnym świecie należy również posiadać niemałe zasoby finansowe i media. Nie zmienia to jednak faktu, iż zmiana ordynacji wyborczej mogłaby się przyczynić do choć częściowego poruszenia rządzącej od ponad 20 lat kliki. Dlatego właśnie JOW należy uznać za inicjatywę cenną i wartą poparcia.

Drugą ważną kwestią jaką poruszono w niedzielę był postulat zmiany prawa o referendach. Jest to kolejna paląca kwestia, która powinna zostać uregulowana w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Instytucja referendum zapisana w obowiązującej od 16 lat konstytucji pozostaje instytucją fasadową, niewykorzystanym instrumentem demokracji. Niewykorzystanym bo niewygodnym. Na dużą skalę instrument ten, oddający w pełni władzę w ręce ludu choć na chwilę został bowiem wykorzystany do tej pory tylko raz- przy okazji akcesji Polski do struktur Unii Europejskiej. Wówczas wykorzystany zostać musiał, gdyż po pierwsze referendum akcesyjne jest unijnym wymogiem a po drugie rządząca w tamtym czasie ekipa spod logo SLD, po gigantycznej kampanii propagandowej, była pewna wyniku jego wyniku.  Dziś jednak, gdy nastroje społeczne wybitnie nie są po stronie i po myśli rządzących referendum jest narzędziem ignorowanym. Rządząca koalicja nie dopuszcza myśli o organizacji referendum w sprawie wejścia Polski do strefy euro czy podwyższenia wieku emerytalnego. Nie dopuszcza gdyż zna już jego hipotetyczny wynik, nie dopuszcza bo zgodnie z obecnie obowiązującym prawem może nie dopuszczać. Dlatego również ten postulat jest wart poparcia.

Oprócz tych dwóch, zdecydowanie najważniejszych postulatów przewijało się też szereg pomniejszych wniosków, z których poważnością i słusznością można byłoby polemizować. Z tego też względu postanowiłem je pominąć w tym artykule.

Drugą interesującą kwestią, która łączy się z kwestią trzecią są także rzeczywiste intencje przewodniczącego Dudy. Otóż lider Solidarności został przez polityków zasiadających obecnie w polskim parlamencie w zdecydowanej większości odsądzony od czci i wiary jako osoba próbująca zorganizować sobie zaplecze polityczne, które pozwoli mu wejść do świata wielkiej polityki.

Jedynie politycy populistyczno-prawicowo-nacjonalistycznej- gospodarczo-tak-jakby-socjalizującej partii Jarosława Kaczyńskiego wypowiadali się w innym tonie niż politycy z innych formacji. Jakie są rzeczywiste intencje Piotra Dudy wie tylko sam Piotr Duda. Nie mam w zwyczaju odmawiać nikomu dobrych intencji, także osobo spoza kręgu pracowniczej lewicy gdyż również i nam oponenci mogą tych dobrych, szczerych intencji odmówić. Ponadto intencje są czymś, czego po prostu udowodnić się nikomu nie da przy użyciu słów a jedynie czynów. Jakie będą w związku z tym dalsze posunięcia lidera „S”- czas pokaże. Najciekawsze jednak jest podejście mainstreamowych polityków do owych intencji. Pogardliwe, bagatelizujące sprawę i wręcz histeryczne reakcje świadczą z jednej strony o skrajnej pewności siebie i pewności trwania obecnego systemu, którego gwarantem są nie tylko pieniądze i media ale również świat Zachodu, któremu ten system również jak najbardziej sprzyja. Czemu- to już materiał na kolejny, być może niejeden artykuł. Z drugiej strony reakcje te świadczyć mogą również o podskórnej obawie przed ogólnopolskim, antysystemowym ruchem, który może pozbawić obecnie dzierżącą burżuazyjną oligarchię władzy. O podskórnej obawie przed słowami „a co jeżeli…[im się jednak uda]?”

Bez wątpienia jednak najbliższe miesiące będą gorące, z resztą sama Solidarność zapowiada gorącą wiosnę. Można mnożyć scenariusze na temat tego jak może się to zakończyć. Najprawdopodobniejszy jednak z nich jest, niestety, taki że nie zmieni się nic.

Jaką rolę w tej sytuacji powinna odegrać KPP? Historycznie i w dużym stopniu również światopoglądowo daleko KPP do Solidarności, wątpliwe jest też aby którakolwiek ze stron wykazała się jakąś inicjatywą współpracy. Również ze względów wizerunkowych (pewna kompromitacja obydwu środowisk) taka współpraca nie jest możliwa. Tym niemniej postulaty proponowane przez to największe w Polsce zrzeszenie ludzi pracujących należy przynajmniej słownie wspierać. Są to bowiem inicjatywy jak najbardziej korzystne dla mas pracujących. Mas, których reprezentantem jest również KPP.

El Compañero

Związki, związki, związki. Bynajmniej nie z lewicą

W ostatnich tygodniach mamy do czynienia z operą mydlaną na temat tak zwanych związków partnerskich, których legalizacja stała się priorytetem dla wielu polityków z różnych opcji politycznych zasiadających w Sejmie. Abstrahując już od tego czy projekt legalizacji tego typu związków jest słuszny, czy też nie, warto byłoby zadać sobie pytanie czy zajmowanie się tego typu kwestią jest rzeczą słuszną, potrzebną i zmieniającą cokolwiek w życiu przeciętnego Polaka.

Zostawmy w tym momencie Platformę Obywatelską gdyż jako partia liberalnych eurofilów (nie licząc sporego aczkolwiek nie aż tak wcale przesadnie licznego i raczej demonizowanego przez media skrzydła konserwatywnego tej partii firmowanego przez Jarosława Gowina) jest skłonna poprzeć prawa mniejszości i skupmy się na partiach tzw. lewicowych (a raczej należałoby powiedzieć „eurolewicowych”) mających reprezentację w polskim parlamencie.

Choć temat jest dość wyświechtany to jednak niepokojącym jest fakt, iż wśród polskich elit politycznych nie ma żadnej partii reprezentującej interesy ludzi pracy, tak robotników jak i inteligentów. Dla polskich, nazwijmy to umownie, lewicujących na swój sposób partii szczytem lewicowości stała się bowiem walka o prawa mniejszości seksualnych. Przy tym polska „lewica” spod sztandarów SLD i Ruchu Palikota absolutnie zapomniała o sprawach bytowych niższych klas społecznych stając się klasycznymi partiami interesu, partiami których jedynym celem jest zdobycie władzy.

Brak zainteresowania sprawami bytowymi gros polskiego społeczeństwa jest dla tych partii niezwykle wygodny gdyż dzięki temu mogą liczyć na poparcie co bogatszych obywateli, których pieniądze wydatnie wzmacniają kasę partyjną. Skupienie się na sprawach materialnych w taki sposób jaki robi to Komunistyczna Partia Polski jest dla tych jak najbardziej kapitalistycznych i w gruncie rzeczy liberalnych w swoim gospodarczym programie partii wielce niekorzystne ponieważ wspomniane co bogatsze jednostki przestałyby owe ugrupowania wspierać.

Ani SLD, ani Ruch Palikota nie mają interesu w zmianie gospodarczego status-quo a wręcz widzą w niej zagrożenie dla obecnego, korzystnego także dla nich samych układu. Obydwa te stronnictwa, pełne ludzi zamożnych a w związku z tym absolutnie niezainteresowanych losem biedniejszych klas społecznych, zapewne nie zmienią się.

I tu właśnie otwiera się przestrzeń dla partii autentycznie lewicowej takiej jak Komunistyczna Partia Polski. Mówienie o rzeczywistych, a nie wyszukiwanie wydumanych problemów ludzi pracy, wskazywanie bez hipokryzji na przyczyny bieżącej sytuacji materialnej dołów społecznych oraz znajdowanie prostych i skutecznych metod jej poprawy, to jest program, który może zwrócić społeczeństwo w stronę autentycznej lewicy.

Duża jego część jest bowiem rozczarowana burżuazyjnymi ugrupowaniami, które w ofercie mają co najwyżej znakomicie rozwinięty marketing społeczno – polityczny, stanowiący listek figowy skrywający ruinę gospodarczą do jakiej doprowadzają Polskę. Ten właśnie niezagospodarowany elektorat na swoją stronę próbuje przeciągnąć w ostatnim czasie SLD, ale biorąc pod uwagę zarówno nastroje społeczne jak i mniej lub bardziej miarodajne sondaże, raczej nikogo pustym, „komunizującym” gestem ustanowienia roku 2013 rokiem towarzysza Edwarda Gierka ta partia nie skusi.  Tak samo elektoratu nie skusi ostentacyjne manifestowanie otwartości wobec mniejszości seksualnych.

A co do samych związków partnerskich, to kolejne przygotowywane przez PO projekty pokazują to co w gruncie rzeczy od dawna wiadomo a mianowicie: jeśli jakieś głosowanie przebiegło nie po myśli potężnych lobby unijnych należy zagłosować jeszcze raz aby dane prawo, mówiąc kolokwialnie, przepchnąć. Podobny los spotkał niedawno ustawę w sprawie GMO. Natomiast jeśli chodzi o kwestię związków partnerskich to oprócz tego, że polskie społeczeństwo ma inne, ważniejsze problemy to na dodatek jest nadal dość konserwatywne. W związku z tym zdecydowanej większości ludzi nie przeszkadza fakt, że aby zyskać pewne przywileje należy zawrzeć chociaż ślub cywilny. I dlatego prawo do zawierania formalnych związków partnerskich także przez osoby heteroseksualne należy traktować raczej jako zasłonę dymną dla legalizacji związków homoseksualnych. Ustawę, której przeforsowanie jest priorytetem dla lobby homoseksualnych mających oparcie w ideologii Unii Europejskiej. Kolejną ustawę, która w żaden sposób nie poprawia materialnego bytu niższych klas polskiego społeczeństwa.

El Compañero